Podczas oczekiwania na niedawne Super Bowl oglądaliśmy z grupą znajomych zwiastun najnowszego horroru Jordana Peele’a, „Us”. Wyraźnie zniesmaczona prezentowanymi scenami koleżanka odwróciła się do mnie i spytała: „Kto ogląda takie filmy? Ty takie oglądasz”? Zgodnie z prawdą odparłem, że wolę kategorię „horrory tak złe, że aż śmieszne”, ale do pytania Uli wielokrotnie w kolejnych dniach wracałem. Kto ogląda horrory? I dlaczego?
Czym jest horror? Xavier Aldana Reyes we wstępie do książki „Horror. A Literary History” [„Horror. Historia literacka”] wywodzi samą nazwę od jej łacińskiego źródłosłowu oznaczającego bezwarunkowe odruchy wiązane powszechnie ze strachem – drżenie lub stawanie włosów dęba – i dodaje, że słowo to
jest zwykle używane w kontekście fikcji do określania tekstów lub narracji, których celem jest wywołanie strachu, szoku lub obrzydzenia (względnie połączenia tych reakcji) oraz powiązanych z nimi stanów emocjonalnych, takich jak lęk lub poczucie napięcia czy niepewności (7).[1]
O obrzydzeniu jako nieodzownym elemencie horroru wspomina też współczesny tytan tego gatunku, Stephen King, który jednak w swojej pracy poświęconej tego typu tekstom dodaje szybko:
Natomiast na drugim, znacznie istotniejszym poziomie, każdy horror przypomina taniec – ruchome, rytmiczne poszukiwania. Ich obiektem jest miejsce, gdzie wy, czytelnicy czy też widzowie, reagujecie na bardziej prymitywnym poziomie. Horroru nie interesuje cywilizacyjne umeblowanie naszego życia. Takie dzieło tańczy przez wszystkie pomieszczenia naszej duszy, które umeblowaliśmy kawałek po kawałku, a każdy element ich wystroju podkreśla – przynajmniej taką mamy nadzieję! – nasz powszechnie akceptowalny, sympatyczny i oświecony charakter. Danse macabre poszukuje innego miejsca, pomieszczenia, które może przypominać sekretną garsonierę wiktoriańskiego dżentelmena, czasami izbę tortur hiszpańskiej inkwizycji – lecz zapewne najczęściej i najbardziej prostą, prymitywną, brzydką grotę jaskiniowca z epoki kamienia łupanego (22).[2]
Z tych słów wynika, że zniesmaczenie widowni zwiastunem „Us” było jak najbardziej zamierzone, ale cały film pod przykrywką mniej lub bardziej udanej artystycznie obmierzłości powinien kryć również głębszą warstwę psychologiczną, poruszającą wrażliwe struny w duszach przynajmniej części jego docelowej widowni (o ile, oczywiście, jest horrorem udanym, co do czego można mieć na podstawie wcześniejszych dokonań tego twórcy pewne wątpliwości). To właśnie ta zdolność „poruszania wrażliwych strun duszy” jest, jak się wydaje, powodem tak wielkiej obecnie popularności horrorów. Ludzie współcześni uwielbiają się bać, co prowadzi nas do drugiego z postawionych wyżej pytań. Dlaczego?
Osobiście skłaniam się ku poglądowi, że nadnaturalne często strachy horrorowe mają dla wielu – jeśli nie dla większości – stanowić odskocznię od koszmarów codzienności. Widzowie patrzący jak Jason Voorhees patroszy kolejnych nastolatków chcą przez kilkadziesiąt minut zastanawiać się, skąd wyskoczy zabójca i czy komuś uda się przeżyć, dzięki czemu przez te same kilkadziesiąt minut nie muszą się zastanawiać, skąd wezmą pieniądze na następną ratę kredytu, posmarowanie komu trzeba, żeby Maciuś dostał miejsce w żłobku, wykupienie dodatkowych zajęć dla Marlenki. Oglądanie lub czytanie horrorów to dla mnie w dużej mierze forma eskapizmu, jednak – w odróżnieniu od ucieczki przed skrzeczącą rzeczywistością w fikcje na przykład podróżnicze – nacechowana sporą dozą introspekcji i różnorodności. W końcu, jeśli przyjąć metaforę Kinga, chodzi tu o poszukiwania takiego pomieszczenia – garsoniery / izby tortur / jaskini – które wywoła w widzu reakcję emocjonalną. Ze względu na tę różnorodność „opowieści z dreszczykiem” można dzielić na niezliczone podkategorie. Ja ostatnio szczególnie często myślałem o kilku poniższych.
- Horror eschatologiczny
Eschatologia to, jak wiadomo, filozofia traktująca o przeznaczeniu i pośmiertnych losach istot ludzkich. O „rzeczach ostatecznych”: Niebie, Piekle, Czyśćcu, Bogu, aniołach, diabłach i zmaganiach o ludzką duszę. Takich produkcji mamy mnóstwo, od historii opętań (najsłynniejszy jest tu bodaj „The Exorcist” Williama Friedkina z 1973 roku) poprzez narodziny Antychrysta („Omen” Richarda Donnera z 1976 roku) aż po przeróżne pakty ze Złym (dość wymienić tu „The Devil’s Advocate” Taylora Hackforda z 1997 roku czy o dekadę wcześniejszy „Angel Heart” Alana Parkera lub, z bliższych nam kręgów kulturowych, klechdy o panu Twardowskim). Podjęcie problematyki, z którą człowiek myślący zmaga się właściwie od zarania dziejów, pozwala z jednej strony nieco ją „oswoić”, a z drugiej jest szansą wykorzystania niezwykle bogatej biblioteki narracji i tradycji religijnych będących dla ogromnych rzesz widzów uniwersalnym nośnikiem treści, których nie trzeba tłumaczyć, które są po prostu zrozumiałe. Tak jak nie trzeba by tłumaczyć takiej sceny…
Blok operacyjny, poczekalnia. Miła pielęgniarka zachęca cię do spoczynku w jednym z „bardzo wygodnych”, jak zapewnia, foteli i oczekiwania na wezwanie do sali zabiegowej. Siadasz i faktycznie, nie jest źle. Pomaga fakt, że oświetlenie poczekalni jest stonowane, choć już sam wystrój pozostawia nieco do życzenia – typowy warszawski styl biurowy z podwieszanym sufitem, ścianami w odcieniach szarości i ładnym w założeniu obrazkiem na ścianie.
Po drugim kwadransie oczekiwania znasz już wszystkie kąty poczekalni na pamięć. Obrazek też: czarno-białe zdjęcie kwiatka, którego nie potrafisz zidentyfikować. Ładne, ale i bodaj najgorsze, jakie można powiesić w miejscu, w którym ludzie czekają na operację oczu. O ile kwiat na pierwszym planie jest idealnie ostry, to całe tło poza nim jest rozmyte tak jak twoje postrzeganie szczegółów rzeczywistości bez okularów. Coraz bardziej koncentrujesz się na elementach obrazka, w końcu dają o sobie znać stres i zmęczenie. Odpływasz.
Przytomniejesz dość gwałtownie, zdając sobie sprawę, że nie jesteś już w poczekalni sam. W fotelu po drugiej stronie pomieszczenia rozwalił się dwudziestokilkuletni facet w pomiętej koszulce Mötley Crüe „Shout at the Devil”. Zaraz. Dlaczego widzisz jego koszulkę? Przecież powinien mieć na sobie kitel, tak jak ty. Osłony na butach. Czepek na rozsypanych w nieładzie włosach. Nie ma ich – ma tylko wykrzywiający usta grymas, który nazwałbyś może uśmiechem, gdybyś widział choć ślad powiązanej z nim wesołości w dziwacznych oczach przybysza.
– Przysnęło się, co? – zagaduje. – Rozumiem, nerwy.
Mruczysz coś w odpowiedzi, zastanawiając się, skąd ten typ się tu wziął, bo przecież pielęgniarka wprowadzająca kolejną osobę na pewno by cię wytrąciła z kontemplowania czarno-białego kwiatka.
– Pierwsze razy bywają dziwne, nie bardzo wiadomo, czego się spodziewać – mówi dalej. – Zabiegi okulistyczne są dość skomplikowane, gałka oczna to w końcu najbardziej unerwiony element ludzkiego ciała. Przewodnictwo bodźców jest bły-ska-wicz-ne – ostatnie słowo sylabizuje z wyraźną lubością.
– Pan jest lekarzem? – wyduszasz z siebie. Ta myśl wyraźnie wzbudza w nieznajomym wesołość, choć oczy nadal sprawiają, że wygląda raczej jak wilk myślący o wyborze smakowitego kąska z ofiary, nie rozbawiona istota ludzka. – Nie muszę być lekarzem, żeby orientować się w sytuacji. I móc zaoferować wytchnienie od bólu, z którym się ona wiąże.
– Wystarczy, żebym podpisał cyrograf krwią z serdecznego palca utoczoną? – ironizujesz, poirytowany całą sytuacją. – Nie musi być z serdecznego – nieznajomy poważnieje. – Obowiązkowy jest tylko podpis.
– Nie jestem zainteresowany – mówisz. – Będę znieczulony.
Nieznajomy niemal krztusi się śmiechem. Wzrusza ramionami, składa na chwilę dłonie pod brodą, ponownie wzrusza ramionami. W końcu pstryka palcami.
Przytomniejesz dość gwałtownie, w poczekalni jesteś znowu tylko ty i czarno-biały kwiatek na ścianie…
- Horror monstrualny
Nie można nadużywać głównego Złego, więc często mamy w koszmarnych opowieściach do czynienia z przeróżnymi pomniejszymi bestiami, z którymi przychodzi się mierzyć mniej lub bardziej niedoszłym ofiarom. Rodzaj potwora często decyduje o tym, czy dana produkcja jest udana – genialny projekt monstrum H. R. Gigera był fundamentem sukcesu serii filmów zapoczątkowanych przez gotycki w naturze horror „Alien” Ridleya Scotta z 1979 roku, kapitalny przegląd straszydeł oferuje natomiast doskonały „The Cabin in the Woods” Drew Goddarda z 2011 roku. Z drugiej strony mamy horrory niskobudżetowe, wśród których mieści się wiele z moich ulubionych produkcji, filmów, które miałem przyjemność tłumaczyć i które zdecydowanie lokują się w mojej prywatnej przegródce „tak złe, że aż śmieszne”. Warto tu wspomnieć o takich tytułach jak „Monster Island” Jacka Pereza z 2004 roku – w którym Carmen Electra, Mary Elizabeth Winstead i otaczany kultem Adam West muszą sobie radzić m. in. z przerośniętymi modliszkami tak groteskowymi, że nie ruszają nawet zatwardziałych insektofobów – czy „Deep Freeze” Johna Buechlera z 2002 roku, w którym naukowcy w antarktycznej bazie muszą się mierzyć z plagą prehistorycznych… trylobitów.
Podstawowy problem z tego typu produkcjami również sprowadza się do potworów – poza rzadkimi wyjątkami znacznie lepiej „działają”, dopóki mamy do czynienia tylko ze śladami ich obecności, a efekt mija w chwili, w której zostają ujawnione one same i absurdy ich funkcjonowania. Niejaką przewagę mają tu teksty pisane nad ekranizacjami, nieogarnialne zmysłami maszkary H. P. Lovecrafta nawet kilkanaście dekad po swoim stworzeniu wywołują co najmniej niepokój, kiedy o nich czytamy, znacznie słabiej strasząc w mediach wizualnych. Oczywiście o ile dopuszczamy do siebie w trakcie seansu lub lektury racjonalne myślenie…
Po drugim kwadransie oczekiwania znasz już wszystkie kąty poczekalni na pamięć. Patrzysz przez okno do gabinetu sąsiadującego z poczekalnią, przypominając sobie, że z drugiej strony jest tam lustro. Gabinet jest pusty, nic się nie dzieje, minuty mijają, ale daje o sobie znać fizjologia. Łazienkę urządzał ten sam fanatyk wczesnego mordoryzmu architektonicznego co poczekalnię, wzbogacono ją jednak o arcyciekawą instrukcję „Jak należy myć ręce”. Zafascynowany serią kilkunastu obrazków dopiero po chwili dopuszczasz do siebie dźwięk kapiącej wody dobiegający zza twoich pleców, z okolic sedesu. Coś przecieka? Strasznie głośne te krople… Po chwili orientujesz się, że źródłem dźwięku jest ciecz skapująca z kompletnie przemokniętych kafli podwieszanego sufitu w jednym z narożników pomieszczenia.
– To chyba nie jest zbyt higieniczne – mruczysz pod nosem i wychodzisz poszukać kogoś, kogo można by o tym powiadomić. Przeszklone drzwi z lewej strony prowadzą na jakiś korytarz, ale tam nikogo nie ma. Wracasz do okna-lustra gabinetu i z najwyższym trudem powstrzymujesz torsje na widok śladów rzezi, która się tam odbyła. Tam też coś kapie, konkretnie krew. Wpatrujesz się jak zaklęty w szczątki ludzkie, którymi udekorowano praktycznie całe pomieszczenie i zauważasz, że wśród wybebeszonych na podłodze wnętrzności coś się porusza. Zdjęty grozą szybko wbijasz się w kąt ciemnej łazienki. Nie wiesz, czy to złudzenie wywołane przez twoje szalejące tętno, ale ciecz z sufitu kapie jakby szybciej. Spoglądasz w róg pomieszczenia i z trudem dostrzegasz w mroku, że w miejscu, w którym wcześniej był przesiąknięty kwadratowy kafel sufitowy, teraz kłębi się coś jeszcze mniej na miejscu. Otwierasz usta do krzyku, kiedy z kąta strzela ku tobie coś długiego, lepkiego, oślizłego. Odpływasz w niebyt.
Przytomniejesz dość gwałtownie, w poczekalni jesteś znowu tylko ty i czarno-biały kwiatek na ścianie…
- Horror sadystyczny
Czasami warstwa obrzydliwości – uważana przez Kinga za nieodzowną, ale znacznie mniej istotną – wybija się na plan pierwszy. Samą istotą podgatunku slasherów (tak udanie zdekonstruowanego przez wspomniane wyżej „The Cabin in the Woods”) są „malownicze” sposoby, w jakie z życiem lub przynajmniej z częściami ciała rozstają się bohaterowie. Teksty z tej parafii znacząco zyskują na popularności w ostatnich dekadach, a dziś wiele osób hasło „horror” kojarzy właśnie z produkcjami takimi jak „The Texas Chainsaw Massacre” Tobe’a Hoopera z 1974 roku czy seriami w stylu „Friday the 13th”, „Hellraiser” i „A Nightmare on Elm Street” oraz ich współczesnymi kontynuacjami. Nie jestem fanem tego podgatunku – uważam, że żadna amputacja nie zadziała na widza lepiej niż niepewność tego, co czeka za progiem. Jeśli jednak właściwie dobierze się proporcje ohydy i tajemnicy, efekty bywają nader zajmujące, jak choćby w „Event Horizon” Paula W. S. Andersona z 1997 roku. Trudno odmówić jakiegoś poziomu skuteczności takim na przykład sytuacjom…
Blok operacyjny, sala zabiegowa. Siadasz na leżance, miła pielęgniarka zaleca ostrożność, bo może ci się kręcić w głowie po dopiero co przebytej operacji. Prowadzi cię do poczekalni, prosi, żeby zaczekać, aż za jakiś czas przebada cię doktor. Odczuwasz coraz większy ból, praktycznie nie możesz otworzyć oczu, stale wycierasz cieknący od początku zabiegu nos. Po dwóch kwadransach cierpień przychodzi lekarz i zaprasza cię do gabinetu sąsiadującego z poczekalnią. – Wiem, że w zgodzie na zabieg była wzmianka, że mogę po nim mieć wrażenie obecności ciała obcego w oku… – mówisz między smarknięciami. – Nikt jednak nie wspominał, że będę się czuł, jakby mi włożono pod powieki żyletki. Czy to normalne?
– Całkowicie! – ożywia się doktor. – Jak inaczej miałby się pan czuć po umieszczeniu pod powiekami żyletek? Niech no spojrzę… tak, już zaczęły się przyjmować. Doskonale, teraz trzeba jeszcze tylko podłączyć pod nie prąd! – mówi i sięga po groźnie wyglądający instrument, którego podczas twojej poprzedniej wizyty w tym pomieszczeniu, gotowyś przysiąc, nie było.
Przytomniejesz dość gwałtownie, w poczekalni jesteś znowu tylko ty i czarno-biały kwiatek na ścianie…
- Horror egzystencjonalny
Na koniec wracamy do tego, od czego mieliśmy uciekać: do nieprzeliczonych koszmarów dnia powszedniego. To niemal dokładna odwrotność tego, co omawialiśmy wcześniej: „potworów” z tej kategorii wcale nie chcemy się bać, ale nie bardzo potrafimy coś na to poradzić. Po prostu są, bo życie ludzkie składa się z szerokiego spektrum doznań nieprzyjemnych, krzywdzących, bolesnych.
To, jak dobrze potrafimy sobie radzić z tymi demonami, decyduje o tym, jak wiele dzieli nas od najbardziej niepoczytalnych ofiar lovecraftowskich Wielkich Przedwiecznych. Nie zawsze jest to proste. Weźmy taką scenkę…
Blok operacyjny, sala zabiegowa. Siadasz na leżance, miła pielęgniarka zaleca ostrożność, bo może ci się kręcić w głowie po dopiero co przebytej operacji.
– Przez cały czas działań na lewym oku bolało mnie operowane wcześniej prawe – mówisz. Wypełniający dokumentację lekarz wygląda zza przepierzenia i robi zdziwioną minę. – Boli? Nie, boleć będzie dopiero kiedy zejdzie znieczulenie.
Dwie godziny później przekonujesz się, że miał rację…
________
[1] Reyes, Xavier Aldana, “Introduction: What, Why and When Is Horror Fiction” w Horror. A Literary History. Londyn: 2016. Tłum. własne.
[2] King, Stephen, Danse macabre. Tłum. Paulina Braiter i Paweł Ziemkiewicz. Warszawa: 1995.
Świetny pomysł.
PolubieniePolubienie