Nie przypominam sobie książki, w której poprzedzające tekst motto tak doskonale oddawałoby jej treść i nastrój wywoływany lekturą jak ma to miejsce w przypadku „Ostatniego brzegu” Nevila Shute’a.
Nevil Shute Norway urodził się w 1899 roku w Anglii. Podobnie jak wielu pisarzy Złotej Ery Science-Fiction, na co dzień pracował w zawodzie technicznym, konkretnie jako inżynier lotniczy, a pisarstwu (pod nazwiskiem skróconym o ostatni człon) oddawał się w czasie wolnym. W odróżnieniu natomiast od wielu pisarzy Złotej Ery Science-Fiction… nie był zasadniczo pisarzem science-fiction, tworząc głównie powieści przygodowe (często związane z awiacją) i obyczajowe, zwłaszcza w późniejszym okresie wychwalające zalety jego przybranej ojczyzny, Australii, do której wyemigrował w 1950 roku, zdegustowany postępującym upadkiem Wielkiej Brytanii pod „wygranej” rzekomo II wojnie światowej. W Australii właśnie, w położonej na południowym krańcu tego kontynentu prowincji Wiktoria, rozgrywa się akcja bodaj najsłynniejszej powieści Shute’a, wydanego w 1957 roku „Ostatniego brzegu” (tytuł oryginalny „On the Beach”).
O ile Shute nie był pisarzem science-fiction per se, to zdarzało mu się wplatać w swoje dzieła elementy parapsychologii czy fantastyki naukowej. Dotyczy to również „Ostatniego brzegu”, który przedstawia ni mniej, ni więcej, tylko Ziemię po apokalipsie. Bohaterowie żyją w świecie, w którym powszechna wojna nuklearna zniszczyła już północną półkulę, a użycie przez uczestniczące w niej strony bomb kobaltowych – których istnienie postulowała kilka lat wcześniej „Kasandra w środowisku fizyków atomowych[1]”, Leo Szilard – oznacza, że ich los jest już również przypieczętowany. Promieniotwórczy izotop kobaltu-60 niesiony wiatrami stopniowo dociera do coraz niżej położonych na globusie terenów i nie ma przed nim żadnej ochrony, nie ma przed nim żadnej ucieczki. Wszystkie złożone istoty żywe na Ziemi, z „koroną stworzenia”, za jaką lubią się uważać w swej bezbrzeżnej pysze ludzie, muszą wymrzeć. To tylko kwestia czasu.
Wspomnianym wyżej mottem powieści jest zakończenie znanego wiersza T. S. Eliota pod tytułem „Wydrążeni ludzie” (tytuł oryginału „The Hollow Men”), mówiące o tym, że tak właśnie kończy się świat – nie hukiem, lecz kwileniem[2]. Oddaje to dobrze charakter shute’owej apokalipsy. Nie ma tu gwałtownych porywów, wybuchów przemocy, aktów protestu przeciwko niewątpliwej niesprawiedliwości, jaka wkrótce spotka zamieszkujących karty książki istot ludzkich. Wszystko funkcjonuje niemal normalnie (prawie) do samego końca, ludzie są wobec siebie uprzejmi i obowiązkowi, zachowują struktury społeczne i podległość służbową… kto wie, czy nie jest to najbardziej fantastyczny aspekt tej powieści, kiedy czyta się ją dzisiaj, z perspektywy kilkudziesięciu innych, znacznie bardziej gwałtownych dzieł literatury z gatunku post-apo.
A może to świadomy zabieg autora? W końcu w cytowanym przezeń wierszu Eliota też nie mamy gwałtownych działań i buntu, lecz cichą bezsilność:
My, wydrążeni ludzie
My, chochołowi ludzie
Chylimy ku sobie
Pełne słomy głowy
Lecz nasze suche głosy
Kiedy szepczemy razem
Są ciche i bez znaczenia
Niczym wiatr w suchej trawie
Czy szczurze kroki na szkle
W naszej suchej piwnicy
[…]
Forma bezkształtna, cień bezbarwny
Moc bezsilna, gest w bezruchu
Bohaterowie Shute’a również niby szepczą coś do siebie, niby podejmują jakieś erzace działań, niby weryfikują jakieś hipotezy naukowe mogące potencjalnie dać im nadzieję na przetrwanie (wykorzystując w tym celu cudem ocalały z wojny wraz z załogą okręt podwodny Marynarki Wojennej Stanów Zjednoczonych), lecz w obliczu atomowego holokaustu są to działania „ciche i bez znaczenia”, ich „moc bezsilna”, ich „gest w bezruchu”. Również, co trzeba przyznać, nieprzesadnie atrakcyjne dla czytelnika, który mógłby nawet skłaniać się do określenia „Ostatniego brzegu” mianem antypowieści, czyli dzieła pozbawionego jasno nakreślonej fabuły i z mocno ograniczoną charakteryzacją i rozwojem postaci (szczególnie odpychające są dwie główne bohaterki żeńskie, kompletnie niestrawne dla osób wychowanych na aktywnych i myślących heroinach późniejszych dekad). Byłoby to może określenie nieco zbyt daleko posunięte, jeśli weźmiemy pod uwagę brak paru innych elementów tego podgatunku (jak choćby zaburzeń linii czasowej czy eksperymentów językowych), jednak ogółem składa się to na utwór nieprzesadnie łatwy w odbiorze, pozbawiony standardowych kół zamachowych czytelniczego zainteresowania i niewykorzystujący nawet tak oczywistej okazji do przykucia uwagi do stronic jak możliwość szczegółowego opisania konfliktu atomowego, którzy zgubił całą planetę.
Kiedy jednak czytelnik przedrze się już przez 340 stron tej (anty)powieści, ta pozostaje w nim na długo. Jak już wspomniano wyżej, wizja uporządkowanego świata, w którym ludzie niemal do samego końca trzymają się ustalonych procedur i trwają na swoich posterunkach, może wydawać się naiwna, zapisuje się jednak u odbiorcy dość trwale. Czy współczesne pokolenia, wychowywane przez dekady wszechobecnymi przekazami mediów wyolbrzymiających najgorsze cechy ludzkiej natury właśnie z tego względu odbierają XIX-wieczny w swym rodowodzie idealizm brytyjskiego Australijczyka jako zbyt romantyczny? A może to raczej sprawka wpajanego nam przez lata kultu działań, mitu o tym, że wiele możemy osiągnąć własną pracą, że nasz los zależy w zasadzie tylko od nas samych? Może wreszcie więcej racji mają jednak Shute i Eliot z jego chochołowymi ludźmi pogodzonymi z faktem swojego wydrążenia, wyprania z uczuć, ubezsilnienia?
Nieco ponad 13 miesięcy temu z okazji okrągłej rocznicy jej urodzin zabrałem żonę na wycieczkę do Niemiec. Pandemia koronawirusa zaczynała już wprawdzie przebijać się do przekazu medialnego, ale liczbę zachorowań u naszych zachodnich sąsiadów liczyło się jeszcze wtedy w setkach, nie w setkach tysięcy. Punktem kulminacyjnym wypadu był występ bardzo lubianego przez nas komika, Billa Baileya, na który przyszło wprawdzie znacznie mniej osób niż można by się w zupełnie normalnych okolicznościach spodziewać, ale ci, którzy dotarli, bawili się doskonale. Moment zadumy przyszedł dopiero kiedy Bill zszedł już ostatecznie ze sceny po ponad dwóch godzinach zabawiania publiki: wtedy z głośników poleciało „ It’s The End Of The World” R.E.M. Absurdalne połączenie radosnego tonu utworu z dołującym tekstem („To koniec świata, jaki znamy”) stanowiło doskonałe epitafium dla tych kilku dni zapomnienia i przygotowanie na następne miesiące, które wywróciły wszystko do góry nogami. Skoro Bill Bailey może niemal do samego końca (to był jego bodaj przedostatni występ przed wydaniem przez niemieckie władze zakazu imprez tego rodzaju) robić swoje i zabawiać publikę, to może wizja postapokaliptycznego ładu i humanitaryzmu rodem z „Ostatniego brzegu” nie jest aż tak odległa od tego, na co nas jako gatunek stać?
Tak, wiem, sam się proszę, żeby pierwszy komentarz pod tym tekstem przebił tę bańkę (płonnych) nadziei krótkim wyciągiem z najnowszych doniesień medialnych.
P.S. Pisanie ułatwiał mi, poza wspomnianym wyżej R.E.M., niemiecki zespół Rammstein, którego zwłaszcza późniejsze płyty zawierają dużo melancholijnych, krytycznych wobec otaczającego nas świata utworów.
[1] Rotter, Andrew J. „Bomba atomowa. Świat wobec zagrożenia”. Warszawa: 2011, s. 20.
[2] Wszystkie wykorzystane w tekście odwołania do Eliota podaję w przekładzie własnym, ale jeśli ktoś chce się zapoznać z całym utworem, gorąco polecam skorzystanie z pracy zawodowca, nie partacza, jakim jestem w tłumaczeniu poezji ja. Kongenialny przekład „Wydrążonych ludzi” stworzył Czesław Miłosz.