No i wylądował! Od dzisiejszego poranka abonenci platformy Netflix mogą oglądać z dawna wyczekiwaną i mocno promowaną adaptację książek Andrzeja Sapkowskiego o przygodach wiedźmina Geralta z Rivii. Serial Lauren S. Hissrich od dłuższego czasu zapowiadał się jako dzieło, które podzieli widzów i dotychczasowe reakcje na jego premierę pod tym względem nie zawiodły.
Kiedy piszę te słowa, niespełna osiem godzin po udostępnieniu serialu, „Wiedźmina” obejrzały w całości zaledwie jednostki, co nie przeszkodziło tysiącom osób już go ocenić. Wystawić oceny skrajnie różne i stanowiące pełen przekrój opinii oraz podejść. Nic dziwnego, że temat wzbudza takie emocje – opowiadania i powieści AS-a kładły na przełomie lat 80. i 90. fundament polskiej fantastyki nienaukowej (a kojarzy je też szerokie grono osób za polską fantastyką nieprzepadających), ogromną popularność wykreowanemu w nich światu i postaciom dały też niezwykle udane zarówno na poziomie artystycznym jak i komercyjnym gry rodzimego studia CD Projekt Red. Niestety, im większa popularność danego tekstu kultury, tym więcej trafia się wśród jego fanów krzykaczy uważających, że ich wizja tego, jak każdy jego szczegół powinien on wyglądać we wszystkich możliwych mediach jest jedyną słuszną, a wszelkie przejawy heterodoksji w tym względzie należy wypalić żywym ogniem, jak na świętokradztwo przystało.
Sporo czytam na przykład głosów, że to skandal, że w „słowiańskim fantasy” pojawiają się postaci o zdecydowanie mocniejszej niż spotykana lokalnie pigmentacji skóry. Jest to niby zgrabna klamra dla idiotycznej krytyki „Wiedźmina” komputerowego, który według postępowych zachodnich krytyków był rasistowski przez brak bohaterów z mniejszości, ale ja wolałbym jednak pod tym względem stronić od ekstremów. Szkoda, że mniej jest krytyki merytorycznej – być może dlatego, że wymaga ona pewnego namysłu i refleksji, nie tylko gwałtownego tłuczenia w mniej-więcej właściwą kolejność klawiszy. Rano życzyłem wszystkim oglądającym, żeby elementy niepasujące do ich indywidualnych wizji nie przesłaniały im tego, co może im w tej adaptacji dawać przyjemność – i żeby tych drugich elementów było jak najwięcej. W skrócie: żeby ten serial dostarczył dobrej rozrywki, bo to o to w końcu chodzi w popkulturze, przynajmniej moim zdaniem.
Spaghetti fantasy
Kiedy już zagłębimy się w temat nieco mocniej niż pozwalają na to hasła w stylu „SJW zniszczyło bohaterów mojego dzieciństwa!!!!!!!!!!111111OneoneONEone1” albo „Dlaczego w scenie orgii nie ma żadnych par wyłącznie homoseksualnych? DyskryminaCJA!”, dostrzeżemy stosunkowo ambitną i całkiem nieźle szanującą książkowy pierwowzór próbę wprowadzenia na rynek telewizyjny nowej marki. Pewnym przekleństwem „Wiedźmina” jest oczywiście wiszący nad całym współczesnym fantasy telewizyjnym cień „Gry o Tron”, którym nowy serial Netflixa zdecydowanie nie jest (choć, być może, w planach tej platformy być miał – lub być dopiero ma, w każdym razie w zakresie finansowym). Dzieło Davida Benioffa i D. B. Weissa rysuje się obecnie jako nieomal Miecz Przeznaczenia, którego pierwszym ostrzem jest zielone światło, jakie nagle zaczęli dawać decydenci na kręcenie tego typu produkcji – a drugim wieczne przykładanie do wszystkiego wyznaczonych przez nie standardów.
Ja po ciężkim tygodniu (miesiącu, półroczu…) nie uzurpuję sobie wprawdzie prawa do pisania skomplikowanych rozprawek krytycznych, ale dostrzegam elementy pozwalające mi stwierdzić, że ekranizacja tekstów AS-a to (przynajmniej w pierwszym sezonie) spaghetti fantasy, czyli produkcja może niemogąca rywalizować z GoT-em budżetowo, ale wyraźnie nacechowana– tak jak dzieła Sergio Leone i innych twórców włoskich i hiszpańskich westernów – wysoką brutalnością, nihilizmem moralnym i czarnym humorem[1].
Dobry, zły i brzydki
W pierwszej kolejności w serialu podoba mi się ogólna idea, jak połatać niepasujące do siebie (a nierzadko wręcz sprzeczne) wątki z opowiadań Sapkowskiego tak, żeby stworzyć całość możliwą do ogarnięcia przez kogoś, kto tego świata nie zna z innych źródeł. To dlatego pisałem, że dostrzegam u twórców „Wiedźmina” ambicje – bo przecież mogli pójść po linii najmniejszego oporu i pierwszy sezon poświęcić na antologię historii z tekstów, tworząc coś na kształt procedurala z potworem tygodnia. Chcieli jednak więcej… i to z kolei może być przez wielu uznawane za wadę, bo siłą rzeczy sporo musieli podopisywać i to momentami działa, ale dalece nie zawsze. To, czy te ambicje znajdą ukoronowanie w kolejnych sezonach, czy też okażą się jedynie preludium do serii wtop pokroju ostatnich odcinków „Gry o Tron”, okaże się w przyszłych latach.
Problemem jest znaczące ograniczenie warstwy tekstowej oryginału. Jest to częściowo zrozumiałe, bo ważną i silną stroną utworów AS-a są kwieciste opisy, które w medium wizualnym nie mają prawa bytu. Już jednak niezwykle żywe i mówiące wiele o zaludniających ten świat postaciach dialogi mogłyby stanowić większą część adaptacji – z żalem i poczuciem straconej szansy porównuje się choćby książkowego i serialowego Pokrzywkę czy krasnoludów-smokobójców… W ogóle nieludzie nie są moim zdaniem mocną stroną tej produkcji, bo nie przemówił do mnie ani Yarpen (i tak najbardziej wyrazisty z całej bandy), ani Filavandrel, ani Torque. Skróty i zmiany z pewnością nie pomagają aktorom drugoplanowym, którzy muszą operować na znacznie ograniczonym materiale w porównaniu ze swoimi pierwowzorami, co szczególnie negatywnie wpływa na bohaterów trzeciego odcinka – Foltesta, Ostrita i Triss. Podobają mi się natomiast główni aktorzy produkcji, którzy grają Geralta, Yennefer czy Ciri, a także nieco mniejsze role Tissaii, Renfri czy Cahira – tu da się momentami zauważyć całkiem przyjemną chemię między postaciami i uzasadnienie części decyzji scenariuszowych. Perełką jest dla mnie relacja Geralta z zupełnie niespodziewanie doskonałym Jaskrem, która „gra” też wspaniale w polskim dubbingu Michała Żebrowskiego i Marcina Franca. Aż żal, że bard śpiewa w tej serii tylko kilka razy, bo każdy z tych utworów jest w warstwie tekstowej perełką, a w warstwie muzycznej niezwykle chwytliwym mózgowdzierem – od pieśni „Daj grosz wiedźminowi” nie potrafię się odciąć od półtora miesiąca, dzień bez niej jest dniem straconym.
Był dobry, był zły, pora na brzydkiego… W „Wiedźminie” książkowym brzydki jest świat, momentami dosłownie (kiedy Geralt tapla się z zeuglem w toksycznym błocku na wysypisku śmieci), innymi metaforycznie (kiedy zajrzymy w motywacje większości ludzkich postaci na pozycjach związanych z władzą). W serialu ten nihilizm jest w niektórych momentach fajnie oddany (choćby w machinacjach koniunkturalnych czarodziejów), a momentami wręcz wprowadzony od zera (w pokazaniu nilfgaardzkiej magii w całej jej obrzydliwości, ze szczególnym uwzględnieniem przypadku ludzkiej haruspicji). Stosownie ohydne jest Blaviken i jego oportunistyczni mieszkańcy, stosownie bezwzględna jest tu Calanthe, stosownie odrażające są monstra (nawet jeśli efekty komputerowe kikimory nie do końca dojeżdżają), ze szczególnym uwzględnieniem doskonałej strzygi. Natomiast, znowu, mogłoby tego być więcej… pozostaje mieć nadzieję, że w kolejnych sezonach będzie tego więcej.
W sumie jest o czym dyskutować, jest na jaki temat wyrabiać sobie opinie. Dla mnie osobiście najlepsze były odcinki 4. i 5., z kolei za największą straconą szansę uważam odcinek 6. Liczę, że z czasem będzie lepiej… a ostatecznie za zdecydowanie dobry objaw uważam fakt, że nie wszystko w serialu Netflixa zgadza się z moją wizją tego uniwersum. Wbrew poglądom rzesz fanów, jedynym obowiązkiem tekstu kultury jest zgodność z wizją jego autorka lub autorki, cała reszta to już pole do ocen, interpretacji i dyskusji. A ja przecież nie jestem autorem serialowego „Wiedźmina”, ja w nim tylko przetłumaczyłem teksty do polskiej wersji lektorskiej.
P.S. Pisanie umilały mi chropowate, agresywne dźwięki płyty „Autoscopia / Murder in Phazes”. Dobrze odpowiadały mojemu nastrojowi po zobaczeniu dalece niepełnej tyłówki opisywanego serialu.
[1] Terminu „spaghetti fantasy” używam bez pogardliwych podtekstów, z jakimi utożsamia nazwę „spaghetti western” znacząca część filmoznawców.
Jedna myśl na temat “Powidoki #5: Dobry, zły i brzydki, czyli rzecz o spaghetti fantasy”