Powidoki #4: Koniec Pieśni

Stało się. HBO wyemitowało ostatni, 73. odcinek „Gry o tron”. Po dziewięciu latach końca dobiegła historia walki o władzę w Siedmiu Królestwach, która stała się w tym czasie niezaprzeczalnym wydarzeniem kulturowym i jednym z nielicznych seriali gatunkowych, które wkroczyły do świadomości masowej. To fenomen, o którym warto rozmawiać.

Serial zaczynał jako ekranizacja sagi fantasy „Pieśń lodu i ognia” George’a R. R. Martina. Sagi niełatwej w odbiorze zarówno ze względu na rozmiary, rozwiązania narracyjne (poszczególne rozdziały prezentują wydarzenia z punktu widzenia różnych osób, wymagając od czytelnika dużego skupienia i uwagi), jak i niezwykłe bogactwo świata przedstawionego – dość powiedzieć, że na przestrzeni pięciu dotychczas wydanych tomów tej opowieści wymienionych z imienia zostało co najmniej 100 razy aż 125 różnych postaci. „Pieśń” miała oczywiście swoich zagorzałych fanów, również dzięki niezwykle udanej planszówce „Game of Thrones” autorstwa Fantasy Flight Games, ale w mainstreamie raczej nie funkcjonowała. Zmieniło to dość gwałtownie pojawienie się w 2011 serialu HBO.

Dzieło Davida Benioffa i D. B. Weissa doskonale wykorzystało materiał źródłowy, było nieźle obsadzone i w większości dobrze grane, potrafiło też łamać telewizyjne konwencje (do czasu…), zabijając bez litości centralne, wydawałoby się, postaci i wciągając widza w przemyślany, spójny świat pełen wielopoziomowych intryg i wytrwale, nierzadko całymi sezonami budowanych relacji międzyludzkich. W późniejszych latach, wraz z coraz dalej idącymi odejściami i skrótami w stosunku do książek oraz szczególnie widocznym w 7. i 8. sezonie dążeniem do zakończenia mnogości rozpoczętych wątków nieco tej magii uleciało, ale rekompensowały to coraz szerzej zakrojone dyskusje. „Gra o tron” z czasem „wkroczyła pod strzechy” (dość powiedzieć, że w Stanach Zjednoczonych widownia ostatniego odcinka była ponad pięciokrotnie większa niż pierwszego) i choć w ostatnich tygodniach ludzie uwielbiali na nią narzekać, warto docenić skalę zjawiska, jakim się stała.

Narzekać faktycznie było na co. O ile cenię seriale toczące się nieśpiesznym tempem, pozwalające rozwijać postaciom wzajemne relacje (do moich ulubionych należą „Carnivale” i „Bosch”), to niektóre wątki w „Grze o tron” wystawiały moją cierpliwość na ciężką próbę, jak choćby kiedy przez bodaj sezon obserwowaliśmy wspólną podróż Aryi Stark i Sandora Clegane’a odrywającą nas regularnie od znacznie ciekawszych w mojej opinii machinacji na dworach i polach rozlicznych bitew. W książkach też były takie trudne do przebrnięcia fragmenty, na przykład przeciągnięte ponad wszelką wytrzymałość czytelnika podróże Brienne z Tarth w „Uczcie dla wron”, ale jakoś nie raziło mnie to aż tak mocno jak w serialu, być może ze względu na naturę medium pisanego. W późniejszych latach, kiedy duetowi D&D zabrakło podkładki w postaci twórczości Martina, trend ten uległ gwałtownemu odwróceniu, doszły do tego rosnące wraz z popularnością budżety i w ostatnich dwóch sezonach nie mieliśmy już czasu na jakieś tam relacje między postaciami, trzeba było razem z twórcami pędzić slalomem między kontynentami i królestwami, zaliczając kolejne elementy fabularne pozwalające jako-tako spiąć całość w coś strawnego dla odbiorcy. To, że ostatecznie danie dawało się jakoś strawić, nie było jednoznaczne z możliwością określenia tego procesu przyjemnym doświadczeniem.

Wspomniane wyżej budżety ewidentnie wpłynęły też na podejście do scen zbiorowych. W pierwszym sezonie ważne bitwy „obserwowaliśmy” w dialogach uczestników i reakcjach różnych dworów. Widok grasantów obdzierających zwłoki poległych i kapłanów zajmujących się rannymi po bitwie w Szepcących Lesie zwiększał naturalizm serialu i stanowił dobre tło do ważnych rozważań strategicznych Robba Starka i Roose’a Boltona; w kolejnych sezonach wajcha wychylała się jednak coraz bardziej w kierunku bitew jako chaotycznej i niezwykle trudnej w odbiorze sieczki. Z jednej strony utrata przez jednego z dowódców panowania nad przebiegiem Bitwy Bękartów nieźle oddaje realia średniowiecznego pola boju, z drugiej strony trwająca dobrą godzinę finalna batalia o Winterfell była pozbawiona jakiegokolwiek sensu, czy to w odniesieniu do kwestii (para)historycznych czy nawet w ramach wewnętrznej logiki świata przedstawionego. Podobnych problemów pojawiało się zresztą więcej, a kolejne postacie wkraczały znienacka na scenę tylko po to, żeby z niej bez żadnego wyjaśnienia zniknąć.

Problemem dla mnie było też to, co wielu uznawało za wielki atut produkcji HBO, czyli jego bezpruderyjność. A raczej, z mojej perspektywy, agresywne i nie dość często uzasadnione fabularnie szczucie cycem. Fajnie, że płatna telewizja wykroczyła poza sztuczne i często absurdalne normy pętające swobodę używania środków wyrazu w bardziej tradycyjnych stacjach, ale nie potrafię się pozbyć wrażenia, że momentami waginy, fallusy i inne elementy ludzkiej anatomii oraz wymyślne sposoby, na jakie można ich używać, były pokazywane nie w interesie przekazania jakiejś treści tylko po to, żeby udowodnić, że twórcy serialu mogą sobie na to pozwolić. Jako fan politycznych intryg i wykładów o kształtowaniu opinii ceniłem uwagi, które Petyr Baelish wygłaszał podczas wdrażania nowych kurew w swoim burdelu, ale nie potrafię się nie zastanawiać, czy równie skuteczne nie byłyby one w zwykłej rozmowie, podczas której nikt nie stara się wywołać u nikogo orgazmu. Osobną sprawą są też kilkukrotnie prezentowane sceny gwałtów, już to przy zwłokach, już to w przytomności innych osób. Rozumiem, jaką miały one pełnić rolę – w końcu odbiorca musi czuć, że prezentowany świat jest miejscem brutalnym, do którego współczesne zasady i kanony moralne nie mają wstępu – ale ponownie zastanawiam się, czy skuteczniejsze nie byłoby tu pewne niedopowiedzenie.

Dużo tych zarzutów. Po co więc siedziałem przez dziewięć lat przed telewizorem, po co śledziłem doniesienia, sprawdzałem różnice między „Grą o tron” a „Pieśnią lodu i ognia”? Bo serial HBO to kawał dobrej telewizyjnej rozrywki, zwłaszcza w początkowej fazie oparty przede wszystkim na ciekawych postaciach i ich interakcjach. Prawdziwą przyjemnością było obserwowanie, jak bohaterowie rozwijają się z sezonu na sezon, dostosowując do nieprzewidywalnych sytuacji wokół nich (lub nie, ale ci, którzy nie potrafili się dostosować, zwykle dość gwałtownie ginęli). Ożywcze było, że postacie w świecie wykreowanym przez GRRM i D&D nie miały „immunitetu” – jeśli względy fabularne wymagały ich śmierci, to ginęły znacznie częściej niż w większości podobnych produkcji (zmieniło się to dopiero w ostatnich sezonach, kiedy widać było, że niektórzy są potrzebni do wielkiego finału), co pozwalało z jeszcze większym zainteresowaniem śledzić ich niebezpieczne przygody. Przyjemnie patrzyło się na jakże różne od siebie siostry Stark, które dorastają i pod wpływem doświadczeń życiowych stają się zupełnie innymi osobami, niepozbawionymi jednak pewnych dostrzegalnych od samego początku wyróżników.

Cudowne były też piętrowe intrygi snute przez możnych Westeros i Essos i wspaniałe dialogi na ich temat, od rozmowy podsłuchanej na początku przez Aryę w kazamatach Czerwonej Warowni, poprzez teoretyczne (Tywin Lannister) i praktyczne (Roose Bolton) nauki o istocie władzy, sile pieniądza i strachu czy zasadach strategii, aż po jedną z moich ulubionych postaci całej serii, czyli Olennę Redwyne, żwawą nestorkę rodu Tyrellów raz po raz udowadniającą, że w świecie „Pieśni lodu i ognia” pod względem knucia obowiązuje całkowite równouprawnienie. Szkoda tylko, że pod koniec twórcy nie mieli już czasu na powolne snucie historii i wspaniałe wolty, takie jak ta, która doprowadziła do finałowego dialogu Olenny z Jaime’em Lannisterem, były prezentowane nader zdawkowo

*** Osoby mające przygodę z „Grą o tron” jeszcze przed sobą nie powinny czytać kolejnych akapitów, żeby nie zepsuć sobie przyjemności z poznawania intryg ***

Ta rozmowa Olenny z Jaime’em, w której ujawnia, że to ona stała za otruciem jego syna, króla Joffreya Baratheona, to jedna z moich ulubionych scen w całym serialu. Pokonana staruszka, której potomkowie i nadzieje poszły z dymem dzikiego ognia w Sepcie Baelora, której rodzinny Wysogród jest właśnie plądrowany przez żołdaków Lannisterów i Tarlych, która czeka już tylko, aż zadziała przełknięta trucizna… a jednak potrafiąca zaliczyć ostateczny tryumf, przekazać Cersei Lannister wiadomość, dzięki której sukcesy już zawsze będą miały dla niej popielny posmak. Godne zwieńczenie serialowych losów wspaniałej bohaterki.

Trudno za „wspaniałych bohaterów” uznać ród Freyów, wsobnych zaprzańców odpowiedzialnych za Krwawe Gody i mord na gościach zaproszonych na zaślubiny Edmure’a Tully’ego z jedną z córek Waldera Freya. Wspaniałe są za to sceny końca tego rodu, kiedy to wykształcona przez skrytobójczą sektę Ludzi bez Twarzy Arya najpierw podaje lordowi Walderowi placek ze szczątkami jednego z jego potomków, następnie morduje go, a potem truje wszystkich mężczyzn zdradzieckiego plemienia. Świat „Pieśni lodu i ognia” jest z zasady brudny i brutalny, więc jego złoczyńcy rzadko dostają za swoje w tak spektakularny, satysfakcjonujący sposób (na przykład królowe-morderczynie, Cersei i Daenerys Targaryen, umierały godnie, niemal majestatycznie) – tym bardziej doceniam zatem tę sekwencję i twórcze wykorzystanie w niej różnych fragmentów książkowego materiału źródłowego.

Kolejny fragmentem serialu, który z pewnością zapamiętam, jest toczący się w 4. sezonie proces Tyriona Lannistera. Brawurowo grany przez Petera Dinklage karzeł od początku był postacią usuwającą większość pozostałych w cień zarówno trzeźwością osądów (nawet, gdy wypowiadał je w stanie daleko posuniętej nietrzeźwości), jak i łatwością wyrywania się poza konwenanse otaczającego go świata przy jednoczesnym głębokim zrozumieniu kierujących nim zasad. Podczas procesu, kiedy to kolejni świadkowie swoimi kłamstwami stopniowo łamią resztki jego wiary, że pozostało jeszcze cokolwiek, co dobre i słuszne, możemy śledzić jego wyjątkowy popis, z monologiem końcowym o obsadzaniu go w roli potwora na czele. Taką telewizję aż chce się oglądać.

*** Koniec fragmentu zdradzającego szczegóły fabuły ***

Do brzegu, bo trochę się rozpisałem. Mimo wyraźnie słabszej końcówki serialową „Grę o tron” zapamiętam na długo nie ze względu na absurdy w rodzaju teleportacji postaci z jednego końca kontynentu na drugi czy bajdurzenia o demokracji, ale przez wiele doskonale napisanych i zagranych scen, rozmów i monologów. Nie ze względu na absurdalne batalie o Hardhome czy Winterfell, ale przez machinacje Lannisterów, Targaryenów, Tyrrellów, Starków, Martellów, Greyjojów… Przez fakt, że serial na przestrzeni swojego biegu dostarczył mi kawału świetnej rozrywki i przyczynił się do ogromnej popularyzacji fantasy, dzięki czemu kolejni twórcy mają większe szanse na stworzenie nowych, wartościowych dzieł na bazie niezwykle obszernego materiału źródłowego mieszczącego się w tym rzadko docenianym gatunku. Przez to wreszcie, że wciąż liczę na GRRM-a: że wyda przynajmniej jedną z pisanych wciąż powieści i pokaże duetowi D&D, jak należało poprowadzić losy postaci tak, żeby ich zwieńczenie było bardziej satysfakcjonujące. Tymczasem jednak to koniec Pieśni… To było dobrych dziewięć lat.

P.S. Pisanie umilał mi motyw przewodni z serialu w obłędnym wykonaniu gitarowym Nuno Bettencourta, Ramina Djawadiego, Scotta Iana, Toma Morello, Brada Paisleya i D. B. Weissa.

Dodaj komentarz