Emitowany w 2018 roku na antenie HBO serial „Sharp Objects” według powieści Gillian Flynn zgrabnie wpisuje się w wyraźny nurt amerykańskich kryminałów ulokowanych poza środowiskiem wielkomiejskim, prezentujących mniejsze społeczności i oślizgłe węże kłębiące się poza marmurową fasadą, którą prezentują światu zewnętrznemu.
Andrzej Bursa w jednym ze swoich bardziej znanych wierszy deklarował, że „ma w dupie małe miasteczka”. Zapewne mieszkańcy małych miasteczek mogliby mu odpowiedzieć „z wzajemnością”, ale ta dychotomia między metropolią a peryferiami jest dobrze widoczna w różnych tekstach kultury na całym globie. Nie prowadziłem żadnych pogłębionych badań nad tym tematem, ale mam wrażenie, że świat zakochał się w pełnych tajemnic małych amerykańskich miasteczkach w latach 80. XX wieku, kiedy David Lynch stworzył „Twin Peaks”. Laura Palmer miała tajemnice i serial o jej mordzie również był ich pełen; nawet jeśli po latach dostrzega się niedoskonałości tej produkcji (równie pokręcona jak duchowość jej twórcy warstwa filozoficzna czy mnożone na potęgę zupełnie zbędne wątki drugiego sezonu), trudno się oprzeć przeświadczeniu, że zmieniła ona telewizję. Nie wiem, czy bez niej możliwy byłby wkrótce potem sukces choćby „The X-Files” i innych produkcji z licznymi elementami paranormalnymi.
„Sharp Objects” jest z jednej strony znacznie mocniej zakorzenione w rzeczywistości niż dość oniryczne „Twin Peaks”, z drugiej jednak nie brak w nim retrospekcji, zwidów, przeczuć i całej reszty szerokiego wachlarza środków, jakimi umęczona podświadomość może wpływać na czyjąś percepcję. Główna bohaterka, powracająca po latach do rodzinnego miasteczka dziennikarka, mierzy się z podobnymi kłopotami jak Laura Palmer, choć sytuacja w jej Wind Gap predestynuje ją raczej do roli Audrey Horn, bogatej dziedziczki i (potencjalnej) idolki rówieśników. Dlaczego nie do końca tak było, z czego wywodzą się jej problemy z alkoholem, związkami i autoagresją – odpowiedzi na te pytania poznajemy w toku bardzo wciągającej, niemal 8-godzinnej produkcji, którą polecam nie tylko ze względu na fabułę, ale również na użyte przez twórców środki wyrazu. „Sharp Objects” to jedno z nie tak wcale częstych ostatnio doświadczeń telewizyjnych, w których nie wszystko musi być wyłożone prostackimi wykładami udającymi dialogi, a bardzo dużo dzieje się też w innych aspektach sztuki filmowej. Znakomita jest tu ścieżka dźwiękowa, łącząca spokojne elektroniczne granie z muzyką amerykańskiego Południa i hard rockiem spod znaku Led Zeppelin. Świetnie pracuje kamera, doskonale uwidaczniająca liczne kontrasty i konkurencyjne wizje prawdy. Ja musiałem oglądać to dzieło znacznie uważniej niż inne, bez zwyczajowego dla mnie łączenia seansu z pracą na drugim ekranie, ale było zdecydowanie warto.
Było warto również dlatego, że twórcy serialu (wśród których była też autorka ekranizowanej powieści, znana choćby z powieści stanowiącej kanwę niedawnego przeboju kinowego „Gone Girl” Gillian Flynn) zręcznie mylą tropy. Nie popadają w manierę wielu seriali kryminalnych, które w każdym odcinku wskazują dość jednoznacznie kolejnego „faworyta” do bycia zbrodniarzem (patrzę na ciebie, „Broadchurch”) tylko po to, żeby na końcu zrobić myk godny Monty Pythona i przejść do kogoś z zupełnie innej beczki. W „Sharp Objects” też mamy dość dramatyczne zwroty akcji, a w trakcie dziennikarskiego śledztwa poznajemy wielu kandydatów na sprawców, ale wszystko to jest jakieś bardziej sprawne, mniej łopatologiczne. Na koniec zaś okazuje się, że niemal wszyscy mają coś za uszami i że może zawołanie Bursy o małych miasteczkach nie jest aż tak niesprawiedliwe jak mogłoby się na pierwszy rzut oka wydawać… Dość dobrą metaforą jest tu moim zdaniem pająk stanowiący fragment sekwencji wprowadzającej. Tak jak on opatula ofiarę kolejnymi warstwami nici, odbierając jej możliwość ruchu i walki o przetrwanie, tak też społeczność fikcyjnego miasteczka w stanie Missouri tka swoją sieć plotek, półprawd i wyrzutów, która nieubłaganie prowadzi do bardziej wybuchowych aktów buntu przeciwko jej zasadom.

Osobiście cieszy mnie, że coraz częściej mamy też do czynienia z polskimi próbami nawiązania do amerykańskich wzorców. Już nie wszystkie produkcje telewizyjne powstające w kraju nad Wisłą muszą być zamknięte w szklano-stalowym getcie najmodniejszych adresów lokalnych metropolii, również one zaczynają zaglądać „pod strzechy”. Nie zawsze są to jeszcze próby udane (patrzę na ciebie, „Belfrze”), czasami skrzeczy nieco za bardzo warstwa realizacyjna (jak w „Kruku” z jego niezrozumiałym mamrotaniem), ale trafiają się już produkcje godne polecenia, jak chociażby zeszłoroczny krótki serial „Rojst”. Tam poezja wspomnianego na początku Bursy jest cytowana bezpośrednio, ale twórcy nie ograniczyli się do pałowania widzów przekazem dnia, lecz duszny klimat lokalnego bagienka przekazują szerokim wachlarzem środków: kostiumami, scenografią, a nawet obsadzeniem swojego świata typami ludzkimi tak dobrze znanymi nam czy to z PRL-u czy przynajmniej z opisujących go tekstów kultury. Intryga nie jest tu równie skomplikowana jak w „Sharp Objects”, oszczędniej rysowana jest też sfera psychologiczna, ale jest to już solidne „kino” gatunkowe, z którym warto się zapoznać. Tutaj również celnym streszczeniem całego klimatu jest sekwencja tytułowa, z wyrastającymi z bagniska korzeniami, z których niepodobna się wyplątać…

I w kontynuującej tradycję amerykańskiego południowego gotyku produkcji HBO, i w rozprawiającym się z tradycją PRL-owską dziele Showmaxa mamy więc zbrodnię, tajemnice z przeszłości, dopracowaną warstwę realizacyjną, dobre i bardzo dobre aktorstwo (szczególnie wyróżniają się odtwórcy ról głównych, Amy Adams i Andrzej Seweryn) i obmierzłe lokalne społeczności. Sam nic nie mam do małych miasteczek (może dlatego, że w żadnym nie mieszkałem…), a jednak zdecydowanie polecam ulokowane w nich seriale, ze szczególnym uwzględnieniem „Rojsta” i „Sharp Objects” właśnie. Nie tylko dlatego, że w obu mamy postacie redaktorów naczelnych w dojrzałym wieku, o rozbudowanej sylwetce i patriarszych brodach.
P.S. Zrzuty ekranu z obu seriali robione Paintem. Pisanie (i wczucie się nastrój dziwnych małych miasteczek) ułatwiała mi muzyka zespołu Cinereous Mire z płyty „Caustic Noir”.